niedziela, 28 września 2014

41. Mimo drzwi zamkniętych...

Kochany!
          Przyszedłeś do mnie, mimo że się tego nie spodziewałam. Pierwszy raz zrobiłeś to 9 lat temu w osobie człowieka, któremu najtrudniej było mi zaufać, ponieważ wydawało mi się, że osoba stojąca naprzeciwko mnie nie ma nic z człowieczeństwa tylko i wyłącznie dlatego, że jest Twoim pośrednikiem. Kiedy mu w końcu zaufałam, poprowadził mnie drogą, która nie jest prosta. Czasem nawet mam wrażenie, że oboje idziemy jakby pod prąd, jakby przeciwko poglądom większości ludzi. A jednak przyszedłeś, Panie, mimo drzwi zamkniętych, choć wydawało mi się, że wcale o to nie prosiłam. Czasem tylko jestem wściekła na ludzi, bo nie dają mi prawa do przeżywania podstawowych emocji, takich jak przyjaźń, miłość czy smutek. Dla ludzi sprawnych są one naturalne, ale coraz częściej odkrywam, że nie tylko we mnie leży przyczyna moich problemów. Naszych problemów. Bo przecież ludzie niepełnosprawni fizycznie powinni wspierać się nawzajem. Tymczasem jednak jest w nas tyle zawiści i rywalizacji, że brakuje miejsca na miłość, przyjaźń, tolerancję, a co dopiero na relację z Tobą, Boże. Mam nadzieję, że nie odbierzesz tego jako stawianie się za wzór. Ani Ty, ani żaden potencjalny czytelnik tego bloga. Prawda jest jednak taka, że im mniej czasu mam
y do spędzenia na Ziemi, im mniej dostaliśmy go od Ciebie, tym bardziej to życie doceniamy i staramy się układać je tak, aby każda część miała swoje miejsce. Aby wszystko do siebie pasowało i każdy miał odpowiednią rolę. Co jednak dzieje się, gdy ktokolwiek czuje się niedopasowany? Ktoś nie pasuje do społeczności osób niepełnosprawnych, bo jest za bardzo operatywny i samodzielny, mimo tego, że ogranicza go wózek i teoretycznie powinien być bezradny. Dzisiaj doświadczyłam uczucia, o którym już chyba zapomniałam. Zapomniałam jego smaku, zapachu, dotyku. Zapomniałam uczucia bezradności i to wcale nie wobec własnej choroby, która coraz bardziej wkrada się w moje ciało, nie pytając mnie nawet o zdanie. Z tym się pogodziłam dzięki człowiekowi, o którym pisałam na początku tego tekstu. Nauczyłam się nazywać uczucia po imieniu. Wydawało mi się, że lekcję, którą mi zadał, dawno odrobiłam. Chyba przeceniałam swoje możliwości, bo dzisiaj towarzyszy mi tak dużo emocji, że nawet nie potrafię ich posegregować według ważności, a co dopiero nazwać. Pamiętam, jak tłumaczył mi, że dopóki nie pozna moich emocji, albo nie będzie wiedział, co się dzieje w moim organizmie, nie będzie potrafił mi pomóc. Dzisiaj ja sama nie potrafię sobie pomóc. Mój spowiednik mówi: „Zanim zaczniesz zmieniać innych, zmień siebie”. Więc skoro wszystko jest Twoją wolą, pozostaje mi tylko, albo aż, iść w Twoją stronę. Tylko ludzie niewiedzący o tym, czego doświadczam, będą mieli do Ciebie dużo pytań, Boże. Wszedłeś do mojego życia, mimo tego, że wcale nie otwierałam Ci drzwi. Dzisiaj szczególnie proszę: zostań w nim do końca, do ostatniego oddechu. Bo tak naprawdę cały ciężar mojego życia spoczywa na Tobie. Więc czuwaj przy mnie każdej nocy, gdy jest źle, gdy tak trudno złapać oddech, czekać na kolejny wschód słońca…
-Mały Książę-

4 komentarze: