poniedziałek, 27 października 2014

47. Zaplątana w strach


Miłosierny Jezu!
          Ostatnie dni, a właściwie mam na myśli jedną noc, przypomniały mi to, z czym musiałam zmagać się jako dziecko…
          Ten sam strach, to samo oczekiwanie na decydujący moment. Oczekiwanie, w którym minuty wloką się nieznośnie. Jakby zegar na złość mi przestał prawidłowo odmierzać czas. Ta sama potrzeba bliskości. Ten sam problem ze sformułowaniem najprostszej wypowiedzi. Dotarło do mnie, że tak naprawdę nic się nie zmieniło. Zmienił się tylko czas, bo przecież nie mam już dziesięciu lat, prawda? Tylko powiedz, dlaczego w takich sytuacjach nie jestem w stanie zachować się inaczej? Łzy cisną się do oczu i zalewają moją rzeczywistość. Bo wiesz, Kochany, pisałam już o tym tutaj, przynajmniej tak mi się wydaje.  Wiem, że są różne rodzaje strachu. Jest strach motywujący i paraliżujący. Taki, z którym nie da się zaprzyjaźnić ani w żaden sposób oswoić. W swojej ulubionej książce pod tytułem „Oszaleć ze strachu” przeczytałam kiedyś bardzo mądre zdanie. Strach staje się paniką wtedy, kiedy nie masz nad nim władzy. Kiedy on panuje nad tobą. Przyznaję się z ręką na sercu, iż chwilami mój
własny strach jest silniejszy ode mnie. Tak silny, że czasem brakuje powietrza w dosłownym znaczeniu. Kiedyś miałam wyliczankę, właściwie zdanie, które pomagało mi, gdy byłam na granicy zwykłego strachu i paniki. Kiedy je mówiłam, miałam wrażenie, że strach staje się łagodniejszy, bardziej przewidywalny. Tej przewidywalności mi brakowało. A to przecież taka zwykła rzecz. Zwykła dla większości ludzi. Przez chwilę znowu zapragnęłam, by nikt nie kazał mi mówić, wyrażać swoich myśli, potrzeb. Chciałam, żeby na moim biurku znowu pojawiła się papierowa kartka z literami. To jeden ze sposobów alternatywnej komunikacji, jakiego używają osoby mające kłopoty z mową. Pamiętam, kiedyś nie miałam wyjścia i musiałam go używać. Dziś trudno mnie o tę mroczną przeszłość nawet podejrzewać.  Jednak nadal są momenty, gdy ciężko skleić najprostsze zdanie. Kiedy żyje się, jak za wielką, szklaną szybą. Chociaż tak naprawdę jest niewiele osób, które zdają sobie sprawę z jej istnienia. Przyklejam wtedy uśmiech do twarzy, tak jak klauni w cyrku. Zakładam swojego rodzaju maski. Po pewnym czasie robi się za ciasno. Co wtedy?
          Moje własne myśli powodują niepokój. Bardzo chciałabym pomóc Promyczkowi
          Nie umiem…
Choć chyba powinnam….

-Mały Książę –

3 komentarze:

  1. Piszesz do Pana.Piszesz o wszystkim,co przeżywasz. To bardzo dobrze. Jemu też wszystko powierzaj,oddawaj. Oddaj poczucie lęku,strachu, aby Ciebie umocnił. Zaufaj Panu jak św.Faustyna. A dalej- jak w tej piosence religijnej :
    Nie bój się, nie lękaj się,
    Bóg sam wystarczy,
    Bóg sam wystarczy....
    Pozdrawiam. Stefan.

    OdpowiedzUsuń
  2. Sam też zakładam stale maski...tak naprawdę, mam wrażenie, że chcemy nimi chronić. Nie tylko siebie, ale i tych dookoła nas. Bo łatwiej nieraz ludziom przyjąć błazna a i my sami nieraz w to przez chwilę choć wierzymy...ale potem wszystko wraca. I powstaje pytanie, czy w ogóle warto udawać jednak?
    I nie zawsze potrafimy pomóc. Tak po prostu.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja się boję porażki przed tysiącami ludzi. Boję się upokorzenia. Uciekam choć nie powinnam. Cóż jestem za bardzo tchórzliwa. Nie umiem stanąć na nogach i iść. Potrzebuję siły, ale strach za bardzo mnie paraliżuje
    Pozdrawiam ;)
    obserwuje
    Diary Alice

    OdpowiedzUsuń