środa, 3 grudnia 2014

52. O poczuciu winy...


2.12.2014
Najdroższy!
          Postanowiłam napisać ten list w odpowiedzi na komentarze pod poprzednim. Oni nie wiedzą, że wszystko zaczęło się od udawania. Udawałam szczęśliwą, uśmiechniętą, bo tak wypadało. Taką chcieli mnie widzieć najbliżsi. Robiłam to dla nich. A może i dla siebie?
          Gdy rodzi się dziecko niepełnosprawne, często w rodzinie dochodzi do kryzysu. Wszystkie dotychczasowe role domowników zostają zmienione, zachwiane, zaburzone. Kiedy byłam mała, nie byłam świadoma, iż moje narodziny spowodowały aż tak wielką dezorganizację w moim środowisku. Gdy  dorosłam, czy może raczej dorastałam, chciałam dać swoim rodzicom poczucie, iż nie pojawiłam się tu przez przypadek.
Chciałam im pokazać, że jestem w czymś dobra, pragnęłam być doceniona, kochana, chciana. Pragnęłam, by na chwilę zapomnieli o tym, że najprawdopodobniej nigdy nie będę sprawna fizycznie. Osiągałam coraz to nowe cele, które przede mną stawiali. Dziś wiem, że kształtowali we mnie, być może przez pomyłkę, albo po prostu nieuwagę, potrzebę bycia idealną, doskonałą w każdym calu. W moim dzieciństwie były chwile, gdy przeklinałam te sytuację, przeklinałam to, jak wygląda moje życie. Dochodziło do tego, iż zamykałam się w świecie gier komputerowych, bo tam mogłam wcielić się w życie kogoś idealnego. Kogoś, kto mógł przeżywać swoje życie po kilka razy.
Ale przecież życie jest tylko jedno. Tak szybko się toczyło. Zdałam maturę, poszłam na studia. Choć jako dziecko marzyłam o psychologii, doskonale wiedziałam, że biorąc pod uwagę moje problemy, nie mogę tego zrealizować. Wybrałam pedagogikę specjalną. Dzisiaj, z perspektywy czasu, oceniam, że nie był to najszczęśliwszy wybór. A może tylko mi się tak wydaje? Może cała ta sytuacja wyglądałaby inaczej, gdyby pozwolono mi uniezależnić się od otoczenia?
Uniezależnić mimo wszystko…
 Dziś mam świadomość, której nie miałam prawie jedenaście lat temu. To, co czuję, co mi towarzyszy, nie jest moim kaprysem ani wytworem wyobraźni. Choć właśnie tak twierdzi większość ludzi. Ale utwierdzając mnie w tym, przypominają znienawidzone poczucie winy. Bo przecież wszystko mogło wyglądać inaczej, gdyby nie ja, gdyby nie to, co się wydarzyło. Mogłam przecież tego nie przeżyć. Przeżyłam. Nie jest łatwo, ale wiem, muszę pełnić swoją rolę, którą mi wyznaczyłeś.
Pisząc ten tekst, nie chciałam wywołać poczucia winy w nikim, kto będzie go czytał. Pewne aspekty naszego życia pominęłam, bo jeszcze nie czas. Jeszcze nie teraz…
-Mały Książę-

5 komentarzy:

  1. Nikt nie jest idealny, ale każdy człowiek jest na ziemi w jakimś celu zesłany od Boga. A idealność? Nie istnieje. To wady czynią nas wyjątkowymi i niepowtarzalnymi :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Poczucie winy jest mi dobrze znanym uczuciem. Powiedziałabym - aż za dobrze. Rozumiem co czujesz i tulę do serca.

    OdpowiedzUsuń
  3. Niezależność bywa najwązniejszą dla nas nieraz kwestią w życiu...ale ona jest chyba w każdym razie jakoś nieraz...względna. Choć, może się nie znam. Dzisiaj myślenie mi nie idzie za bardzo.

    OdpowiedzUsuń
  4. Wiem co czujesz.Chociaż dopiero będę zdawać maturę i zaczynać studia.Mimo wszystko uważam jednak,że trzeba spełniać swoje marzenia mimo tego iż wielu będzie uważało je za niedorzeczne.I mimo iż ktoś stwierdzi,że nie nadajemy się do tego.

    OdpowiedzUsuń
  5. Kochana, idziesz do przodu i temu nie da się zaprzeczyć! Walczysz o swoja niezależność, być może z wielkim trudem, ale konsekwentnie. Tak na prawdę nikt z nas nie jest do końca niezależny i to chyba nie jest złe, choć oczywiście zależność osób w jakikolwiek sposób niepełnosprawnych jest wyjątkowo trudna. Myślę,że dla mojego Wojtka też. Co do dezorganizacji rodziny przy narodzinach niepełnosprawnego dziecka to... nie nazwałabym tego dezorganizacją, a raczej rewolucją. A jak wiadomo rewolucje mogą prowadzić do pięknych, dobrych zmian,

    OdpowiedzUsuń