piątek, 12 grudnia 2014

53. Zabawa w dobre chwile



Moi kochani!
          Dzisiaj z racji tego, iż zostałam nominowana do zabawy w dobre myśli przez autorkę bloga „Na marginesie życia”, nie będzie typowego listu do Boga, choć niewykluczone, że chwilami będę się do Niego odwoływać…

1.
To był pierwszy moment w moim życiu, gdy zorientowałam się, że nie jestem typowa, że moja wrażliwość znacznie wykracza poza granice wrażliwości większości ludzi. Nie wiedziałam jeszcze wtedy, że wynikną z tego zarówno dobre rzeczy, jak i te, których nie chcę wspominać. Wszystko wyszło na jaw, kiedy zaprzyjaźniłam się z
psem. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że Burka, bo tak miał na imię tamten pies, była rasy Rottweiler. Więc teoretycznie należała do psów agresywnych. Ale uwierzcie mi, że obcowanie z nią było jedną z najpiękniejszych rzeczy, jakie przytrafiły mi się w życiu. Do dziś pamiętam, z jaką czułością patrzyła na mnie, kiedy ciągnęłam ją za ucho. Musicie wiedzieć, że moje ręce nauczyły się przy niej delikatności, panowania nad mimowolnymi ruchami, której żaden rehabilitant nie mógłby nauczyć mnie lepiej. Do dziś pamiętam moment, kiedy okazało się, że moja psia przyjaciółka została uśpiona. Jeśli można mówić o dramatycznych momentach w życiu dwunastoletniej wówczas dziewczynki, to ten był właśnie taki. Ale cała przygoda z Burką była czymś tak niezwykłym, że można ją chyba porównać do czarów. Ci, którzy uważają, iż zwierzęta nic nie rozumieją, patrząc na naszą technikę porozumiewania się, z pewnością zmieniliby zdanie…

2.
Wyobraźcie sobie teraz, że stoi przed wami piętnastoletnia dziewczyna, bardziej wierząca w relacje ze zwierzętami, niż z ludźmi. Nagle przyszedł moment, kiedy spotkały się ze sobą dwie kobiety- jedna starsza, dużo starsza. Z powodzeniem mogłaby zastąpić mamę. Tak sobie wtedy myślałam, nie wiedząc jeszcze o tym, że myśli mogą stać się rzeczywistością. Pamiętam tamten zimowy wieczór, kiedy
siedziałyśmy w małym pokoiku mojej siostry, a ona, jakby nigdy nic, czytała mi książkę. Nie pamiętam jej tytułu, bo od tego momentu minęło już trochę lat. Potrafię jednak przywołać tamto poczucie magiczności. Czułam się wtedy tak, jakby mi ktoś nagle zaczarował świat. Choć tak naprawdę spotkałyśmy się przez przypadek. Ale czy istnieją przypadki? Gdy przywołuję dzień, gdy doszło do naszej pierwszej wspólnej wyprawy do szkoły, chodziłam wtedy do trzeciej klasy gimnazjum. W mojej duszy malowało się z jednej strony zdziwienie, z drugiej zaś przeogromna radość, której nie wypowiadałam, albo może nie potrafiłam wypowiedzieć wtedy głośno. Potem były wspólne spacery. Bardzo długie spacery. Przypominam sobie, że wówczas wychodziłam nawet w zimie, bo dla tamtej kobiety, której imienia wolałabym nie zdradzać, nie było rzeczy nie do zrobienia. Tak więc zaczęło się od czytania książki, a skończyło na… tego już zdradzać nie będę. Ale wiedzcie, moi drodzy, że to był jeden z najszczęśliwszych i najbardziej przewidywalnych okresów w moim życiu.

3.
Opisywałam ten moment nie raz w myślach i na swoich blogach, ponieważ gdyby nie tamten moment, tamci ludzie, tamto miejsce, człowiek, który przewodniczył rekolekcjom dla niepełnosprawnych, w których uczestniczę już od lat dziewięciu. Jednak, gdy znalazłam się tam pierwszy raz, malowała się na mojej twarzy fałszywa radość. W sercu zaś miałam niepewność i paniczny strach przed tym, co mnie czeka. Czego tym razem będę musiała się nauczyć, do czego dostosować, z czym oswoić.
Okazało się, że nie było tak źle, bo nie dość, że wspaniale spędziłam tamte dziesięć dni, to jeszcze przełamałam w sobie chyba najgrubszą zaporę, albo tamę, którą kiedykolwiek zbudowano. Tama przed okazywaniem wszelkich emocji, poza radością. Ale czy to była prawdziwa radość? Wstydziłam się własnych łez, smutku, strachu. Wstydziłam się nawet tego, że ktoś jest mi bliski, że kogoś zwyczajnie nie lubię. W trakcie tych dziesięciu dni zrozumiałam, że muszę zacząć pokazywać swoje emocje, jakie by nie były. Dzisiaj nadal się tego uczę, ale ta nauka idzie mi chyba coraz lepiej. Dzisiaj wiem, jakie wielkie miałam szczęście, że Ty, Panie, postawiłeś mnie w opisanych momentach akurat w tym miejscu, o tej porze, wśród tych ludzi.
 Przepraszam, jeśli nie wywiązałam się z nominacji tak, jak powinnam. Ale, wiecie, chyba nie każdy ma talent do prostego wymieniania momentów, w których był szczęśliwy. Dla mnie tamte chwile były przeładowane szczęściem. Były początkiem czegoś nowego, dobrego, innego. O to chyba w życiu chodzi, prawda?

8 komentarzy:

  1. przepiękny i magiczny post!!!
    cudna szata graficzna!!!!
    szczerze dziękuję za tak piękne obcowanie z Twoimi myślami:)
    serdecznie pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. pięknie napisane :)

    pięknej soboty Tęczowa Duszo :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Piękne wspomnienia i post. Dziękuję

    OdpowiedzUsuń
  4. Do poczytania na Dobrą Noc. Dzięki!

    OdpowiedzUsuń
  5. Potrafię jednak przywołać tamto poczucie magiczności. Czułam się wtedy tak, jakby mi ktoś nagle zaczarował świat - i jeszcze wiele z tej magii życzę Ci w Twoim życiu :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Właśnie takie chwile warto pamiętać i kolekcjonować :) Bardzo dobrze, że okazujesz coraz więcej emocji, ja swoje też często chowam tylko dla siebie, ale jednak takie duszenie ich gdzieś w środku jest trudne.

    OdpowiedzUsuń
  7. To piękne.Trzeba umieć znajdywać takie radosne momenty w swoim życiu.

    OdpowiedzUsuń