środa, 28 stycznia 2015

58. O tym, co wynika z człowieczeństwa...

Najmilszy


 tak po raz kolejny przesunąłeś moją granicę wytrzymałości, granicę odporności na ból. Nie chodzi mi tu wcale o doznanie fizyczne, lecz o umiejętność radzenia sobie w trudnych sytuacjach życiowych…
          Ostatnie dni upłynęły mi pod znakiem pozornego optymizmu. Bo przyszedł moment, gdy mogłam na chwilę zapomnieć o ograniczeniach, które czyhają na mnie za rogiem. Mogłam patrzeć na padający z nieba śnieg, nie pamiętając o tym, że przecież dla mnie jest on zagrożeniem. A może po prostu moja pamięć i świadomość choroby na chwilę zanikły. Ktoś by mi pewnie teraz powiedział, że nie należy chować tego do kieszeni. A ja to zrobiłam. Znowu to zrobiłam, ale z ludzkiego punktu widzenia, wcale nie żałuję. Choć konsekwencje tego, w jaki sposób ostatnio żyłam, ponoszę i będę ponosić, myślę, że jeszcze przez kilka dni, może nawet tygodni?
          Wybacz mi, Kochany, ten pęd do normalności. Do tego, co codzienne i zwykłe dla większości ludzi. Bo przecież życie jest tylko jedno, choć ja czasem się czuję, jakbym od dziesięciu lat żyła na kredyt. Nie będę tutaj opisywać dlaczego, bo to nie miejsce i czas, ale od tego momentu nieustannie przesuwasz moją granicę wytrzymałości. Tę samą, o której pisałam na początku.
          Kilka dni temu zmarł mój Wujek. Dni, a może tygodni? Data nie ma tu większego znaczenia. Ja i tak mam wrażenie, jakby cały świat pod zasłoną pozornego optymizmu, niepokojąco zwolnił. Do tego stopnia, że zauważam pewne rzeczy, które wcześniej były dla mnie niedostrzegalne.
 Jeśli miałabym opisać całą naszą relację, towarzyszącą mi właściwie odkąd tylko pamiętam, mogłabym stwierdzić, że człowiek, o którym piszę, na początku traktował mnie jak dziecko. Dzieckiem zresztą byłam, choć nie przeżywałam dzieciństwa w pełnym jego wymiarze.
 W jego domu, a raczej mieszkaniu, na drewnianej szafce, charakterystycznej dla mieszkań starego typu, stała klatka z kanarkiem. Kanarkiem, o którym skrycie marzyłam. Dopiero w chwili, gdy zdałam sobie sprawę z własnej niepełnosprawności i płynącej z niej ograniczeń, zorientowałam się, dlaczego. Ten ptaszek był tak samo bezradny i niepozorny jak ja. Nikt nie patrzył na ptaszka. Każdy, kto wchodził do tego mieszkania, rzucał tylko okiem na żelazną klatkę, zazwyczaj zamkniętą.
Później, gdy Wujek zaczął chorować, Maciek, bo tak miał na imię kanarek, zmienił swojego właściciela. Do dziś żałuję, że nie trafił do mnie. Miałabym przynajmniej pamiątkę po tym wszystkim, co wydarzyło się później. Jaki charakter przybrała nasza relacja w momencie, gdy wkroczyłam w inny etap swojego życia. Ten etap, gdy byłam już gotowa dzielić się swoimi uczuciami i tym, co przeżywam, albo przeżyłam.
Ten człowiek znał tylko część prawdy. Nigdy nie miałam odwagi wszystkiego mu opowiedzieć. Czy teraz żałuję? Chyba nie. Mogę żałować jednego. Że za mało
starałam się utrzymać tę relację na określonym poziomie. Tak to już jest, że dopiero w chwili straty zdajemy sobie sprawę, z kim mieliśmy do czynienia.
Kupował mi kremówki. Były one powrotem do dzieciństwa, próbą zatrzymania pięknych chwil. I za to mogę mu podziękować. A Ciebie, Jezu, prosić, byś stał się pomostem do Królestwa Niebieskiego. Pomostem do Twojego Ojca. Przecież wiesz, Kochany, jak wielką miał wolę życia, jak bardzo próbował przeciwstawić się śmierci. Śmierci, ale nie Tobie. Myślę, że jego postępowanie przed śmiercią było spowodowane niczym więcej, jak tylko niechęcią do życia na siłę. Ale też bardzo chciał żyć, zobaczyć kolejną wiosnę. Znam to zagubienie. Ty przecież wiesz, jak dobrze.
Jedyne, czego mi żal, to fakt, iż nie miałam odwagi z nim o tym porozmawiać. Szczerze porozmawiać. Ale z drugiej strony, Kochany, wierzę, że gdyby był na coś takiego gotowy, dałbyś nam na to siły.
Teraz, mój Panie, proszę o siłę dla siebie. Wiem, że nie mogę żądać, ale tylko dzięki Tobie uda mi się przejść przez te wszystkie rodzinne wydarzenia z podniesioną głową. Nie mówiąc tym wszystkim ludziom, co tak naprawdę dzieje się w moim sercu. Nie chcę tego. Ale proszę, ześlij mi człowieka gotowego do czuwania nade mną w tak trudnym dla mnie czasie. Bo bardzo chcę być z Wujkiem w tej ostatniej drodze, ale zwyczajnie się boję. Tak po ludzku...
-Mały Książę-


5 komentarzy:

  1. Pięknie piszesz o Wujku, On na zawsze zostanie w Twoim sercu...
    Mam w domu kanarka, od 6 lat, on jest zakochany w moim mężu, nawet sobie nie wyobrażasz, co może taki ptaszek, jak on go dziobie, jak za nim lata, jak się cieszy. Ptaki są cudowne, warto mieć taką perełę ku obopólnej radości. Pozdrawiam Cię cieplutko!

    OdpowiedzUsuń
  2. Ci, których kochamy, którzy są ważnie w naszym życiu odchodzą...jak powiedział mój przyjaciel, "każde spitkanie oznacza pożegnanie" i z tym właśnie musimy się niejednokrotnie godzić...

    OdpowiedzUsuń
  3. On na pewno da Ci siłę, byś mogła..

    OdpowiedzUsuń
  4. Myślę,że Twoja relacja z Wujkiem była bardzo Dobra. A kanarki są delikatne ale potrafią być bardzo waleczne. Wiem, bo całe dzieciństwo spędziłam z żółciutkim Kubusiem.

    OdpowiedzUsuń
  5. najważniejsze to co Ci dał..wspomnienia zostaną w sercu
    Przytulam
    Tyle w Tobie mądrosci:):)

    OdpowiedzUsuń