poniedziałek, 2 lutego 2015

59 O bumerangu i cyrklu



Kochany!
          Nie było mnie na ostatnim pożegnaniu. Zamiast tego pocałowałam ciemność, skosztowałam odrobiny samotności i chęci odizolowania się od reszty świata…
          Pamiętasz, Kochany, kiedyś, gdy tylko zapadała ciemność, siadałam przed klawiaturą komputera i pisałam. Pisałam o rzeczach zupełnie innych niż te, które poruszam teraz. Miałam wtedy inną perspektywę. Nie znałam jeszcze Ciebie. Ale są dni, kiedy wszystko, co przeżyłam, wraca do mnie niczym bumerang. Zakazany fragment mojego życia, do jakiego, według wielu, najlepiej się nie przyznawać. Ale czy to jest wyjście?
          Pamiętam szkolną ławkę, do której przysunięty był mój wózek. Była to pozornie normalna sytuacja. Ja jednak, pogrążona we własnych myślach, kombinowałam, ja
k stąd wyjść. Gdybym tylko mogła, wstałabym i wybiegła, trzaskając drzwiami. Nie zważając na to, że właśnie zaczęła się lekcja języka polskiego. Tak naprawdę nie docierało do mnie ani jedno słowo wypowiedziane przez nauczycielkę. Jej słowa zdawały się przybierać postać niezrozumiałego potoku, z którego nie potrafiłam wyłowić sensu.
          Moje rozmyślania nagle przerwał dźwięk dzwonka, tak charakterystyczny dla tego miejsca. Cieszyłam się na moment, kiedy mogłam zrobić to, na co tak czekałam. Lewą, sprawniejszą ręką wyjęłam z piórnika koleżanki cyrkiel, zazwyczaj służący do rysowania figur geometrycznych. Ja jednak znalazłam dla niego inne zastosowanie. Zdecydowanie wbiłam go sobie w nadgarstek prawej ręki…
Czytelnicy tego bloga pewnie zapytają, dlaczego coś takiego w ogóle przyszło mi do głowy. Wtedy jeszcze tego nie wiedziałam. Było tak ciemno i niezrozumiale. Dziś, po latach, wiem, iż był to jeden z moich mechanizmów obronnych, nad którymi tak zawzięcie pracowałam. Niedługo potem działo się tak, iż rozwiązywałam w ten sposób każdy, nawet najdrobniejszy problem. Wstydzę się, ale to był dopiero początek. Początek mojej drogi do świata ludzi pozornie normalnych. Bo przecież normalność funkcjonuje pod różnymi pojęciami. Inaczej mówiąc, to, co dla jednego jest normalne, dla drugiego jest nie do pojęcia.
Do dziś na przykład nie potrafię zrozumieć, dlaczego tak łatwo skreśla się ludzi z tego rodzaju trudnościami. Owszem, są osoby ulegające tak zwanej modzie,

subkulturze. Ale z drugiej strony, tutaj znowu zwracam się bardziej do Czytelników bloga niż do Ciebie, kto zadaje sobie ból dla przyjemności?

Kiedy robiłam to, o czym teraz piszę, piszę, choć każde słowo przychodzi mi z trudem, bo niełatwo jest wracać do przeszłości. Ale wiem, że, paradoksalnie, moja przeszłość może być komuś potrzebna.
Wracając jednak do przerwanego toku myśli, przyszedł czas, gdy odkryłam, że wszelkie tego typu zachowania przykrywają ból psychiczny, będący tak silnym, iż nie potrafiłam go wyrazić.
Nikogo nie obwiniam za to, że dotknęłam takiego etapu swojego życia, w którym tak naprawdę wszystko miało jeden kolor. Ale piszę ten tekst bardziej w charakterze przestrogi. To, co na początku jest zabawą bądź jednorazowym kaprysem, może się stać nałogiem.
Jezu mój, Ty jesteś tak wielki w swej potędze. Spraw, by ten tekst nie został wyśmiany. By ktoś, kto go czyta, potrafił z niego skorzystać. Uczyń z niego prawidłowy użytek. Ty wyprostowałeś moje drogi, choć wcale nie było to łatwe. Bo im bardziej
wkraczałeś w moje życie, tym bardziej ja się buntowałam. Chcę, by to, co teraz ułożyłam z mozaiki swoich wspomnień, pomagało ludziom z podobnymi trudnościami. Pokazywało, iż mimo wszystko można wyjść na prostą i cieszyć się życiem. Nie jest to łatwe, bo droga była długa i kręta, ale można…
Prostuj, Panie, nasze drogi i nawet, gdy będziemy zbaczać z kursu, po prostu na nas czekaj. Ja zawsze wracam. Oni też wrócą. A może zwyczajnie jeszcze Ciebie nie poznali…
-Mały Książę-
P.S Notka jest bardzo osobista. Być może kiedyś będę żałować, iż umieściłam tu taki tekst. Niepełnosprawność, moi Drodzy, z niczego nie zwalnia ani do niczego nie upoważnia. Krócej mówiąc, doświadczanie choroby nie zamknęło mi drogi do
poznawania różnych rzeczy, również złych rzeczy. Ale ja chyba powinnam być świadectwem, że po takich przejściach można się podnieść. Można się podnieść, poznając Boga.
Chcę Wam też powiedzieć, że od jutra zaczyna się głosowanie w konkursie Blog Roku 2015. Powtórzę więc jeszcze raz. Moim głównym celem jest nie tyle zwycięstwo w przedsięwzięciu, co dotarcie do większej grupy ludzi z tym wszystkim, co mam do przekazania. Jeśli macie kogoś, komu ten blog sprawiłby jakiegoś rodzaju ulgę, po prostu dajcie mu adres. Nie, ja nie jestem bohaterką. Ja jestem tylko człowiekiem. Czekam na Wasze głosy.

9 komentarzy:

  1. Dobrze, że dajesz świadectwo...w swej praktyce pedagogicznej miałam ucznia, który się kaleczył. Na szczęście udało nam się go wyciągnąć z tej choroby. Jesteśmy wszyscy narzędziami w ręku Boga i nigdy nie wiadomo jaka chwila, jakie słowo może uratować drugiego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się ciesze, że napisałaś.. Poruszyłaś tu ważną kwestę. Takie ciągoty zazwyczaj nie są kaprysem, ale objawem osobowości asocjalnej, bądź trudności środowiskowych..

      Usuń
  2. Tu nie ma mowy o bólu dla przyjemności. Czasami pewnie łatwiej znieść ten fizyczny niż psychiczny, więc może to być rodzajem ulgi- jakby dziwnie to nie brzmiało.A swoją drogą, która część świata jest normalna?...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. wiesz inna mamo ja też się nad tym zastanawiam

      Usuń
  3. cieszę się z Twojej otwartości..,że choć malutki rąbek uchyliłaś.siebie......samotność i przeżywanie samej boli....tyle jest w nas...ale są i sprawy dobre i ludzie dobrzy obok..cudnie,że chcesz się dzielić z innymi
    Powodzenia w konkursie
    Sciskam

    OdpowiedzUsuń
  4. witaj:)
    absolutnie nie powinnaś się wstydzić zamieszczania osobistych notek ...
    niestety nasze wnętrze czasem próbuje się bronić i w tamtej chwili na pewno nie było to głupotą a być może brakiem zrozumienia u innych albo może chęcią zwrócenia na siebie uwagi i na swój problem...
    uważam tez że nie należy się wsytdzić swojej niepłnosprawności gdyż w życiu wszystko dzieje się z jakiegoś powodu i nic nie dzieje się bez przyczyny...
    kiedyś kiedy miałam ogromne zmartwienie ze stanem zdrowia mojego maleńkiego Synka w sumie Noworodka Ktoś mądry powiedział mi że Bóg daje nam na nasze barki tyle ile jeste smy w stanie udzwignąć i na pewno nie daje więcej niż jesteśmy w stanie wytrzymać ....od tamtego czasu minęło już 10 lat a te słowa wciąż we mnie zyją i jeśli pojwią się trudności wiem że jesstem w stanie je pkonać i znieść ....
    co do innego przeznaczenia cyrkla to też to znam ..aczkolwiek nie doświadczyłam tego na swojej skórze ale bliska mi Osoba tak zareagowała na rozstanie z młodzieńczą miłością kalecząc sobie rękę i też udało się tej Osobie pomóc i dziś jest szczęśliwa i cieszy się każdym dniem życia ...
    ściskam Cię mocno i ogromnie dziekuję za tą niezwykłą moc i siłę której tutaj doświadczam :))

    OdpowiedzUsuń
  5. Osobiste notki to nic złego. Sama czasem mam ochotę coś takiego napisać, więc piszę. Nasze myśli muszę po prostu gdzieś wypłynąć, bo gdy się zbytnio nagromadzą, stają się nieznośne. A przeszłość, chociaż była bardzo trudna, jest nam potrzebna, żebyśmy mogli się uczyć życia i coś z niego wyciągać.

    OdpowiedzUsuń
  6. To szatan ma dla nas takie pomysły, np. się samookaleczać, a nam przez chwilę wydaje się, że to ma sens. Następnym razem już nawet nie musi niczego podpowiadać - sami to pamiętamy. Zapominamy o tym, jak nas dręczyło, że ulegliśmy, gdy to nie rozwiązało ani jednego problemu - ale pamiętamy chwilową ulgę tak, zrobiłem to, pokazałem na co mnie stać

    OdpowiedzUsuń
  7. A ja nie zapytam dlaczego wbiłaś sobie ten cyrkiel, bo doskonale to rozumiem. Autodestrukcja, wyrażana też przez samookaleczanie to jak najbardziej ludzki mechanizm obronny. Tyle, że nieskuteczny i właśnie wciągający nas w jeszcze grosze bagno. Ale nadal- po prostu ludzki.

    OdpowiedzUsuń