czwartek, 11 czerwca 2015

69. Bo nie odchodzi się bez pożegnania...


10.06.2015
         
Jedyny mój.
          Po rocznej przerwie, znów przemierzam długi, wąski korytarz. Mimo, panoszącego się na zewnątrz słońca, tu panuje niezmienny półmrok. Myślałam, że nie będę w stanie wrócić w te mury. One przecież wchłonęły zapach naszych doświadczeń, oscylujących w mojej świadomości między przyjaźnią, a miłością. Nasze wspólne

obserwacje i przeżywanie rzeczywistości, nabrało niemal sakralnej wagi…

          Stoję w gabinecie dziekanatu filologii polskiej, czując na sobie spojrzenia dobrze znanych mi osób. Wypowiadam ułożone wcześniej zadania, tak dokładnie i starannie, jakbym stała na deskach sceny teatralnej i odgrywała rolę życia.
          Tak bardzo się bałam ubóstwa słów…
          Wróciłam tylko na chwilę, by dokończyć misję Wojowniczki, zamykając za sobą definitywnie następny rozdział istnienia, bo wiesz, Jedyny, nie lubię odchodzić bez pożegnania, ani lekceważyć wysiłku, który ta filigranowa osóbka włożyła w cały proces powstawania mojej pracy magisterskiej
Jej testament?
-Mały książę
Ku pamięci
Dałabym królestwo za jeszcze jeden taki dzień, za dzień, w którym mogę niemal dotknąć normalnego życia. Twój śmiech, taki szczery i niczym nie wymuszony, czuję, jak delikatnie dotykasz mojego ramienia, mówisz: „Uwaga, będę zakładać ci kurtkę”. Wiem, że nie zrobisz nic złego, ale mimowolnie kurczę się w sobie, zwijam się w kłębek jak mały kociak porzucony na ulicy . „ Popatrz na mnie” mówisz głośno i zdecydowanie. Wiem, że nie zaczniesz krzyczeć, chcesz mnie tylko zmotywować do działania. W końcu ubierasz mnie w grubą czerwoną kurtkę. Robisz to tak samo
delikatnie jak zawsze, ale  coś się zmieniło, coś pękło jak kolorowa bańka mydlana. Śmiejesz się, kiedy moja niesforna ręka nie chce wcisnąć się w rękaw. Wychodzimy z biblioteki. Stoimy na schodach do niej prowadzących. Palisz papierosa, a ja mimochodem uświadamiam sobie, że już mi to nie przeszkadza. Zapach, który na początku drażnił moje płuca, teraz zaczyna sprawiać przyjemność. Mówię ci o tym, a ty odpowiadasz: „ Jeszcze trochę, a zaczniesz palić”. „Przecież doskonale wiesz, że nie mogę.” A ty na to: „Teoretycznie nikt nie może”.
Wchodzimy do budynku. Jedziemy na najwyższe piętro. Siadasz na najniższym stopniu schodów i zaczynasz mówić. Twoja wypowiedź w pewnych momentach jest bardzo poszarpana, jakbyś miała problem z nazwaniem niektórych uczuć, wydarzeń i stanów, których doświadczałaś. Zdezorientowana tym, co widzę, próbuję sprawić, by łatwiej ci było poukładać drobniutkie kawałeczki kolorowych szkiełek. Taka rozmowa trwa około godziny. Zapominam, że w tym czasie powinnyśmy być na seminarium. Opowiadasz o chłopaku, który popełnił samobójstwo, obwiniasz się o ten wypadek. Próbuję jakoś wytłumaczyć, że nie miałaś na to większego wpływu. Zaczynam się zastanawiać, w którym momencie jesteś prawdziwa. Po dłuższym czasie wstajesz i wszystko wraca do normy. A może mi się tylko tak zdaje...?

Tęsknię za Twoim dotykiem. Ty nigdy nie byłaś tego świadoma, ale każde spotkanie z Tobą było jak podróż w nieznane. Brałaś mnie za rękę i delikatnie prowadziłaś przez świat, który powinien być normalny -  za Twoją sprawą rzeczywiście tak było. Przez rok naszej znajomości nauczyłam się szczerego śmiechu, krzyku – już nie tylko takiego, którego nikt nie słyszy. Czasem się kłóciłyśmy, ale tylko wtedy, kiedy próbowałaś mi uświadomić, że muszę walczyć o siebie. Nieraz się zastanawiałam idąc na uczelnię i jak zwykle siadając przy Tobie w drewnianej, trochę za niskiej ławce, czy kiedyś przyjdzie taki dzień, kiedy powiesz : „Mam dość!”, wybiegniesz, trzaskając drzwiami, nawet nie patrząc w moją stronę. Za każdym razem oddychałam z ulgą, widząc, że Twój zapał do pomagania mi wcale nie gaśnie, wręcz przeciwnie – ze spotkania na spotkanie jest coraz bardziej przemyślany i ugruntowany. Ze skrawków wspomnień próbuję złożyć logiczną całość, tak by oddać sens tego, co przeżyłam. Nie wiem, kochanie, czy powinnam to pisać, ale byłabyś wspaniałą mamą. Czasem zastanawiało mnie nawet, co by było, gdybym zamiast do rodziny, w której się
ukształtowałam, trafiła do Ciebie. Zadałam Ci nawet kiedyś takie pytanie. Z rozbrajającą szczerością przyznałaś wtedy, że przyjaźń to chyba co innego, niż opieka dwadzieścia cztery godziny na dobę. Parę minut przed tym, co się stało powiedziałaś: „Chyba jednak byłabym w stanie Cię zaadoptować.” Potem świat nabrał dziwnego rozpędu i wszystko się zmieniło. Pozostało tylko moje milczenie…

Przepraszam za błędy w starszych tekstach…

10 komentarzy:

  1. Witaj Tęczowa Duszo. Masz niewątpliwy dar. Z każdą kolejną notką coraz bardziej zakochuję się w Twoich słowach. Prawie każda wywołuje łzy. Dziękuję Ci za to, że jesteś.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak zwykle z wielkim wzruszeniem wkraczałem w Twój świat - a w każdym razie starałem się wejść. Tym razem jednak wiem, że pozostałem gdzieś ledwie na powierzchni..

    OdpowiedzUsuń
  3. zwykłe spotkanie potrafisz tak niesamowicie opisać... łzy same płyną po policzkach... jakie błęby nie zauważyłam żadnego... tu najważniejsza jest ta cudowna treść.... dziękuję Ci.

    OdpowiedzUsuń
  4. Czytając Cię, każdy z nas musi się zatrzymać...tak wiele nas uczysz- dziękuję!

    OdpowiedzUsuń
  5. nie wiem czy każdy, mnie już to nie rusza

    OdpowiedzUsuń
  6. Piękne spotkanie i nadzieja ...na jutro:)

    OdpowiedzUsuń
  7. Wzruszający tekst,refleksyjny i pełen ciepła,przyznam,że przeczytałam z głęboką uwagą.
    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  8. Kiedyś się zastanawiałam nad polonistyką, ale w rezultacie nie zdecydowałam się. Teraz, jakbym mogła cofnąć czas to chyba bym poszła na historię sztuki i filologię romańską, a potem bym zrobiła studia podyplomowe w SGH z handlu dziełami sztuki.

    OdpowiedzUsuń
  9. Tęczowa Duszo, od Twoich słów nie można się oderwać... Dobrze, że jesteś!
    M.

    OdpowiedzUsuń
  10. A ja nie rozumiem. Chyba za krótko tu jestem. Nie jestem pewna czy to co rozumiem, czy rozumiem...

    OdpowiedzUsuń