sobota, 19 marca 2016

81. Wędrówką jedną życie jest....


 
18.03.2016

Kochany!

   Od ostatniego wpisu, który tu opublikowałam, minął prawie miesiąc. Można by powiedzieć, że to wcale nie tak dużo czasu, ale ja mam wrażenie, iż od tamtego momentu przeszłam całe kilometry drogi – nie tej dosłownej, ale metaforycznej, życiowej… Chodzi tu również o drogę, którą moja psychika musi przejść, aby dostosować się do nowej sytuacji, do nowych realiów, do nowych możliwości.

   Jeszcze tak niedawno żyłam prawie normalnie - oprócz tego, że moim narzędziem poruszania się był wózek inwalidzki. Dzisiaj każdy oddech jest przemyślany, każde słowo wypowiadane z rozwagą, a śmiech… nawet śmiech musi być ostrożny, bo nie wiadomo, w którym momencie zabraknie oddechu...
  Nie od dziś potrafiłam wyobrazić sobie, jak będzie wyglądać moje życie, kiedy choroba, na którą cierpię oprócz porażenia mózgowego, wyjdzie z ukrycia i stanie się bardziej agresywna, a przez to uniemożliwi mi takie życie, do którego zostałam przyzwyczajona. Ale przecież nie tylko ja jestem w takiej sytuacji; bywając w miejscu, o którym pisałam w poprzedniej notce, uświadamiam sobie to z całą mocą. Są ludzie, którzy mają jeszcze gorzej ode mnie, a mimo wszystko wykorzystują te ostatnie oddechy, ostatnie ruchy, ostatnie słowa… Chciałabym mieć tyle pokory, co oni, mieć taką łatwość rozmawiania o rzeczach nieuniknionych. Chociaż patrząc na ten blog można by powiedzieć, że już ją posiadam…
   W każdym razie nie wiem, kiedy ukaże się następna notka, wpis, a może film na youtube. Chciałabym, aby wszystko, co zrobiłam albo może jeszcze zrobię w sieci, było świadectwem dla tak zwanych „zdrowych” ludzi, że można żyć do końca… Dzisiaj wiem z całą pewnością, iż będę się starać pisać tu, dopóki nie zabierzesz mi intelektu, czyli świadomego przeżywania rzeczywistości; takiego, jakie jest charakterystyczne dla dorosłej kobiety, bo przecież choroba ani trochę nie zabrała mi dorosłych potrzeb… pragnień… marzeń…

   Kochany! Nie chce, żeby czytelnicy tego bloga odebrali to, jako chęć wywyższenia się czy chęć zdobycia sławy przez swoje własne cierpienie, ale dojrzewam do myśli, że będę musiała zmienić charakter tego bloga, bo widzisz… przychodzi taki moment, kiedy trzeba zdjąć kurtynę, przestać posługiwać się metaforą i zacząć opowiadać o tym, co przeżywa się naprawdę…
   Dzisiaj ciągnie mnie do pewnego wydarzenia, o które czytelnicy mojego bloga niejednokrotnie już pytali. Jednym słowem do Ciebie, ale także do ludzi, którzy - chcąc nie chcąc - w jakiś sposób mnie wychowali, wpłynęli na to, jaka jestem i jak postrzegam rzeczywistość. Słyszę teraz tak często, „Jaka ty jesteś do niego podobna”. Zawsze, gdy jestem świadkiem tych słów, śmieję się w duchu, bo chyba nigdy do końca nie zrozumiem, co ludzie, którzy to mówią, mają do końca na myśli...
   Wiadomo, że miłość nie ma jednego oblicza, barwy; rzadko kiedy bywa taka, o jakiej czytamy w opowieściach romantycznych czy książkach dla młodzieży. Jeśli możemy być dla siebie nawzajem motywacją do życia, jest to największy dar, jaki my – ludzie żyjący

na tej ziemi – mogliśmy i możemy od siebie otrzymać. Prawda jest taka, że miłość nigdy nie jest oczywista - a najbardziej magiczna jest wtedy, gdy nie zawsze dostrzegamy, jaki ma wpływ na nasze życie, czy może bardziej: na postrzeganie świata. Tak, może jestem podobna do człowieka, który miał i ma kolosalny wpływ na moją wrażliwość i rozumienie drugiego człowieka, ale przecież to nie jest nic nadzwyczajnego. To jest takie ludzkie, czyste, niewymagające właściwie żadnych poświęceń… A może inaczej: każde poświęcenie, które czynimy wobec siebie, jest czynione z naszej własnej nieprzymuszonej woli.

   Chciałabym bardzo podziękować Człowiekowi, o którym teraz piszę, że zgodził się na to, aby czasami ten blog opowiadał o naszej relacji - opowiadał o drodze, którą razem przechodzimy; o tym jak się z nią zmagamy, że czasem bywa ciężko, ale i śmiesznie, zabawnie... W każdym razie, moi drodzy i Ty, Boże, życzę wam, aby niezależnie od tego, co ze mną się stanie, ten tekst był dla was pocieszeniem. Bo tylko w Bogu nasze jest zbawienie.
   Pamiętajmy o tym…
   Bez względu na wszystko.

   A mnie, moi drodzy przyjaciele, którym poświęciłam całą tę notkę, nie nazywając was po imieniu, nie zadawajcie zbyt dużo pytań i nie wymagajcie ode mnie ani od nas, żebyśmy nazywali pewne rzeczy po imieniu. Są drogi, w które można zabrać tylko niektóre osoby, niezależnie od tego, jak bardzo nam się to nie podoba…

 ~ Mały Książę ~

6 komentarzy:

  1. Mam nadzieję, że siły, tej fizycznej, Ci nie zabraknie i oby trwała ona jak najdłużej, bo tej siły mentalnej masz bardzo dużo ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Pan przychodzi do nas poprzez konkretnych ludzi - wola Boża sama się przecież nie realizuje! Do Ciebie też tak przyszedł.

    OdpowiedzUsuń
  3. Właśnie na Twoim blogu niejeden człowiek odnajdzie własną Drogę...
    Życzę Ci by Twoje wewnętrzne piękno promieniało zawsze...

    OdpowiedzUsuń
  4. A ja będę czekać na kolejny wpis. Jak zawsze.

    OdpowiedzUsuń
  5. Elu, jestem przy Tobie modlitwą i myślami...

    OdpowiedzUsuń