środa, 30 marca 2016

82. Bo nie trzeba stawiać pomników...


29.03.2016

Najukochańszy!

   Dziś cała ta notka nie będzie listem, ponieważ chciałabym zwrócić uwagę na fakt śmierci pewnego dobrze znanego mi człowieka, który przez wiele dni był moim przewodnikiem, może nie tylko przez swoją działalność, do której został przez Ciebie powołany, ale przez fakt przekroczenia pewnej magicznej granicy pomiędzy ludźmi wierzącymi a tak zwanymi „ateistami”... Ja nigdy nie stosuję tego podziału, bo wydaje mi się, że czystego ateizmu po prostu nie ma. Są tylko wątpliwości, różne obrazy, które mamy wytworzone w głowach względem Twojego istnienia, ale czy tak trudno uwierzyć w istnienie kogoś, kto kieruje naszym losem razem z nami? Czy nie łatwiej wziąć ciężar istnienia na spółkę? Bo przecież każdy ma jakiś krzyż, każdy jakoś cierpi, mniej lub bardziej… Choć wydaje mi się że współczesny świat prawdziwego cierpienia nie lubi; nie lubi o nim mówić, nie lubi o nim pisać, nie lubi go w autentyczny sposób pokazywać… A przecież nikt, kto choruje na chorobę nowotworową, nie cierpi na niby.
   Ks. Jan Kaczkowski - bo o nim chcę napisać - wydaje mi się uosobieniem znoszenia cierpienia po cichu i choć w ostatnim czasie stał się celebrytą, to trzeba pamiętać o tym, ze przede wszystkim był kapłanem z etycznym wykształceniem, a do tego jeszcze wspaniałym człowiekiem. Jego choroba była tylko jego malutką częścią, częścią jego egzystencji, której - jak sam stwierdził - nie może od siebie odsuwać, oddzielać, chować do kieszeni.
   Czytając artykuły, jakie dzisiaj można znaleźć na portalach społecznościowych, zastanawiam się, Jezu, czy na tym ma właśnie polegać nasza poszanowanie wobec człowieka, człowieka, który był niezwykłym kapłanem, ale jednak nim był– nosił sutannę, miał na sobie koloratkę, a występy w telewizji czy programach radiowych to tylko uzupełnienie tego, co robił poza tym. Chciałabym, aby ludzie nie robili z człowieka, o którym teraz piszę, gwiazdy telewizyjnej czy radiowej. Ty wiesz, Jezu, że nie o to w tym wszystkim chodzi… Chodzi o to, by nie czynić z ludzkiego przemijania, z ludzkiego odchodzenia czegoś świętego; nie czynić patosu z tego, co i tak nieuniknione, co powinno być zwykłe, ale niestety dzisiejszych czasach zwykle nie jest.
   Kiedyś podchodziło się do śmierci bardziej naturalnie, hospicjów było mniej i były one mniej uczęszczane niż teraz. Dlaczego? Nie dlatego, że było mniej nowotworów, tylko dlatego, że ludzie inaczej do nich podchodzili. Dzisiaj, gdy obserwuje mechanizmy radzenia sobie z żałobą, ze startą bliskiej osoby, mam wrażenie, jakbym patrzyła na sensacyjny film, którego oglądanie wcale nie sprawia mi przyjemności, przez to, ze ludzie nie potrafią ze sobą rozmawiać, nie potrafią porządkować relacji
między sobą, zanim jeszcze dojdzie do ewentualności… do przejścia na drugą stronę. Bardzo trudno im poradzić sobie z faktem choroby nowotworowej, własnej czy bliskiej im osoby. Gdybyśmy potrafili ze sobą rozmawiać, tak jak Ty nas tego uczysz poprzez Pismo Święte, to wszystko byłoby łatwiejsze; byłoby mniej dziur w relacjach międzyludzkich… Zwłaszcza, że takich dziur nie da się załatać. Widać to w momencie ostatecznym, bo w takim momencie ludzie zdejmują z twarzy wszelkie maski, zdejmują tak zwane „ochraniacze”, bo w końcu nie mają nic do stracenia... W każdym razie chciałabym, aby ta notka, chociaż jest nietypowa, dała ludziom do myślenia, bo przychodzi moment, kiedy na własną śmierć trzeba - nie tylko można, ale i trzeba - się tak po ludzku przygotować…
   Ale czy zawsze się da?...

~Mały Książę~

18 komentarzy:

  1. a ja nie zgadzam się z opinią, że z ks. Jana uczyniono celebrytę.. odszedł wielki człowiek, więc normalnym jest, że zrobiło się o nim trochę głośno i że są przypominane i wspominane słowa, które wypowiedział i wartości, które wyznawał.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja jego człowieczeństwa nie podważam...

      Usuń
    2. ale uważasz, że z jego śmierci zrobiono niepotrzebne i wielkie halo

      Usuń
    3. Tak i zapomniano o istocie jego działania....

      Usuń
    4. absolutnie się nie zgadzam! wręcz przeciwnie, jest przybliżana jego działalność

      Usuń
    5. oczywiście

      Usuń
    6. Jak długo i na jakiej płaszczyźnie?

      Usuń
    7. to nie ma znaczenia :)

      Usuń
    8. Z całym szacunkiem, myślę jednak, że ma to kluczowe znaczenie...

      Usuń
  2. Zrobił wiele dobrego..tyle swoja postawą piekna pokazał
    Pozdrawiam:):

    OdpowiedzUsuń
  3. Zmieniają się czasy, ale ludzie dobrzy są zawsze tacy sami. Świat pragnie ich widzieć...

    OdpowiedzUsuń
  4. jakoś nie byłam do niego przekonana mam wrażenie że było w nim coś nieszczerego fałszywego... może się mylę... a co do śmierci... ja czekam na nią codziennie jestem na nią przygotowana nie boje się jej

    OdpowiedzUsuń
  5. Problem ze śmiercią polega na tym, że ludzie pozwalają sobie narzucić perspektywę, jaką narzuca szatan - patrzenia na swoje życie w perspektywie śmierci. Właściwą perspektywą jest perspektywa wieczności.
    W poniedziałek Wielkanocny oglądałem reportaż "Oswajanie śmierci" z ks. Kaczkowskim w roli głównej. Była tam taka wstrząsająca scena, w której Ksiądz pochylony nad stołem w prosektorium namawiał na rozmowę z tymi, którzy już na tym stole są. Takie przemawianie do tych ludzi, to prosty gest, który w znakomity sposób przywraca właściwą perspektywę. W świetle naszej wiary ta rozmowa ma sens i jeśli ktoś bez używania wielkich słów uwierzył ten sens i zaczął rozmawiać, to właśnie oswoił śmierć.
    I myślę, że ks. Jan bardzo wiele uczynił dla tego oswajania.

    OdpowiedzUsuń
  6. A odnosząc się do wątku celebryckiego, to taki jest właśnie świat mediów. Najprawdopodobniej na naszych oczach to się zmieni, bo świat mediów ma dzisiaj już silną konkurencję w internecie. To już całkowicie się zmieniło w świecie muzyki - kiedyś rozgłoście radiowe lansowały wykonawców, a wykonawcy istnieli jedynie i wyłącznie w oparciu o te rozgłośnie. Dziś choćby mój syn, który ma imienną nominację do Fryderyka za tworzoną przez siebie muzykę, a przyszedł zupełnie znikąd, jest dowodem na to, że to się zmienia (nb. nie wierzy w to, by dostał, więc na galę wręczania wcale się nie wybiera). Dokładnie tak samo zaczyna się dziać z celebrytami. Jeszcze nie tak dawno możliwości realnego działania (tu zdobywania funduszy) zależały od tego, czy ktoś się podda tej presji mediów, czy nie podda - ja nie mam pretensji do ks. Jana, że się poddał. Ale rozumiem tych, którym to się nie podoba - powoli tworzy się miejsce do działania mimo braku poparcia mediów, a więc zaczynamy już stawiać ludziom zaangażowanym inne wymagania. Obawiam się, że dziś to jeszcze trochę za wcześnie (hospicjum straciłoby fundusze) na taką zmianę, ale ta zmiana w moim przekonaniu jest nieuchronna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. mnie też oswoił. Czytał ten blog, rozmawiał przez skypa. Był...

      Usuń
  7. Ks. Jan sam o sobie mówił, że jest onkocelebrytą. Nie było to pozbawione autoironii i zdrowego dystansu do siebie. A zostawił po sobie Wielkie Rzeczy. Nie mam wątpliwości, odszedł kolejny Świety

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dokładnie! ks. Jan właśnie tak o sobie mówił i był świadomy swojej sytuacji

      Usuń