piątek, 22 kwietnia 2016

83. O zaspanym słońcu.




18.04.2016

Uwielbiony!

   Lubię, kiedy przez moje okno zagląda słońce, sprawiając wrażenie lekko zaspanego; takiego, które jeszcze nie do końca odnalazło na świecie swoją nową rolę – lekko zdezorientowane, zbłąkane… tak jak większość z nas, żyjących tu i teraz. Nie mamy przecież żadnych planów, pasji, zainteresowań - przynajmniej większość z nas nie ma. Wydaje nam się, ze to, co poza nami, jest tylko złudną mgłą, która nas nie dotyczy…
   Przecież wiesz, Jezu, że ks Jan Kaczkowski był dla mnie nie tylko celebrytą, a nawet nie tylko księdzem; był przede wszystkim przyjacielem. Zwłaszcza przez ostatni rok swojego życia praktycznie codziennie dawał mi lekcje, jak korzystać z tej
przysłowiowej „pełnej petardy” swojego bytu. Na nic się nie użalał, a gdy ja dzieliłam się z nim jakimikolwiek przemyśleniami, zawsze miał czas, by skonfrontować je z rzeczywistością - nawet, gdy wypowiedziane przeze mnie słowa dotyczyły tego, z czym się nie zgadzał.
   Dzisiaj wiem, iż to, że miałam szczęście go poznać, jest swego rodzaju darem, przyniesionym - albo może danym - przez Ciebie, bo nie zdaję sobie sprawy z tego, czym właściwie wyróżniam się od większości osób niepełnosprawnych, z jakimi miał kontakt… Nie wiem, dlaczego dla niego nie byłam zaspanym słońcem, dlaczego nie szukał mi miejsca wśród społeczności osób chorych; raczej namawiał do tego, bym spróbowała dopasować się do społeczności tak zwanych „zdrowych” ludzi. Przez ten czas naszej znajomości moje spojrzenie na niepełnosprawność i na wszelkiego rodzaju choroby bardzo się zmieniło - bo nieistotne jest to, na co chorujemy i jak bardzo cierpimy. Istotne jest to, z kim to robimy i jak to przeżywamy, bo nie można zatapiać się w swojej chorobie… choć wiem, że to stwierdzenie będzie dla wielu niepełnosprawnych, zwłaszcza od urodzenia, bardzo kontrowersyjne, może wzbudzi negatywne emocje. Nie wiem, jaka będzie hipotetyczna reakcja moich przyjaciół, z którymi przecież chcę zachować dobre relacje, mimo tego - a może właśnie dlatego - że sporo nas różni…
   Ks. Jan Kaczkowski próbował dopasować mnie do układanki zdrowego społeczeństwa. Można powiedzieć, że z dnia na dzień zmieniał moje spojrzenie na sens mojego cierpienia. Nie chcę tu zabrzmieć górnolotnie czy patetycznie - broń Boże! - ale chcę powiedzieć jedno: nie warto zastanawiać się, co będzie jutro. Warto jest żyć dniem dzisiejszym - tak, jak gdyby ten dzień, który przeżywamy, miał być ostatnim… I tak z sekundy na sekundę, minuty na minutę, z godziny na godzinę, z dnia na dzień… 
   Z drugiej strony chciałabym pokazać ludziom, iż warto marzyć; warto mówić samemu sobie, iż nie jest się tu bez przyczyny, bez sensu, bez celu - bo przecież Ty każdemu wyznaczyłeś jakąś misję i to tylko od nas zależy, w którą stronę pójdziemy, bo nie nałożyłeś na nas żadnego obowiązku posłuszeństwa… Ja, mimo choroby, mimo niepełnosprawności, wiem, iż dzięki znajomości z tym właśnie człowiekiem choćby na chwilę mogłam przestać być takim rozespanym słońcem… I wam też tego życzę, przez adresata tego listu, chociaż On tak naprawdę wie o nas wszystko, ale… to, czy damy sobie tę wiedzę wpoić, zależy już tylko od nas…

~Mały Książę~
Cztery dni później.
Zaburzenia snu…

2 komentarze:

  1. Pięknie napisałaś o wspaniałym Człowieku i Przyjacielu!

    OdpowiedzUsuń
  2. Skoro się obudziłaś, to już nigdy zaspanym słońcem nie będziesz..

    OdpowiedzUsuń