niedziela, 8 maja 2016

84. O dorastaniu z gumy




Do czytelników!

   Dzisiejsza notka znów nie będzie listem, ponieważ utrzymanie tej konwencji ogranicza mnie tematycznie i pokazuje tylko jedną perspektywę, a czasem muszę się z niej wycofać, aby pokazać wielostronność pewnych zagadnień i problemów.
   Ostatnie dni pokazały mi, że dorosłość osoby niepełnosprawnej - nawet jeśli została osiągnięta metrykalnie - zawsze jest pojęciem bardzo względnym, jakby dojrzałość emocjonalna była ściśle zależna od sprawności fizycznej. W świecie ludzi sprawnych wszystko jest jakby rozciągnięte, zrobione z gumy… Zadaję sobie pytanie, dlaczego tak jest: dlaczego niepełnosprawność fizyczna tak często jest utożsamiana z nieporadnością życiową - czy po prostu brakiem umiejętności radzenia sobie z problemami życia codziennego.
   Jeśli w rodzinie pojawia się dziecko niepełnosprawne, w jego rehabilitacji zwykle kładzie się nacisk na aspekt fizyczny, ściślej mówiąc: robi się wszystko, aby umożliwić dziecku sprawność ruchową, motoryczną, ćwiczy się z nim umiejętność siadania, stania, chodzenia, samodzielnego ubierania się czy nawet jedzenia. Są to czynności, które powinny wchodzić w skład rehabilitacji czy usprawniania funkcjonalnego, ale czy tylko na tym polega rehabilitacja? Przecież każdy rodzic czy opiekun takiej osoby musi mieć świadomość tego, że kiedyś przyjdzie nieunikniony moment, w którym ich podopieczny będzie musiał samodzielnie stawić czoła rzeczywistości, w której się znalazł. Co za tym idzie, dobrze by było, żeby nasi opiekunowie dawali nam prawo do odczuwania stanów, emocji, których nie są oni świadomi… bo to my sami musimy nauczyć się budować relacje, które nie zawsze muszą być typowe, musimy nauczyć się rozwiązywania konfliktów, dawania z siebie dokładnie tego, co chcemy z siebie dać - i ani odrobiny za mało czy za dużo…

   Osoba z ograniczeniami ruchowymi wcale nie musi utożsamiać się z niedojrzałością społeczną, chociaż tak naprawdę muszę w z przykrością przyznać, że nawet jeśli chcemy wykazać się dojrzałością, to często nie mamy na to szans. Jesteśmy rozliczani z każdego ruchu, jaki zdaniem naszych bliskich nie powinien mieć miejsca bądź wystąpił w niedogodnym momencie naszego funkcjonowania - chodzi mi tu przede wszystkim o najprostsze czynności życia codziennego, jakich teoretycznie nie jesteśmy w stanie wykonywać sami. Może z tego względu nasi najbliżsi nie biorą pod uwag - albo może nie chcą brać - tego, iż to, że wymagamy całodobowej opieki, daje nam prawo do odczuwania samych siebie w dowolny sposób.
   Muszę przyznać wam, czytelnikom tego dziennika, iż - już będąc w wieku nastoletnim - chciałam przeprowadzać tego typu szkolenia dla rodziców swoich przyjaciół; pokazywać, że przychodzi moment, gdy opieka nad dzieckiem niepełnosprawnym - nawet takim niepełnosprawnych w stu procentach - nie polega już na wyręczaniu go… Polega jedynie na stwarzaniu sytuacji, w których dziecko - nastolatka - mogłaby poradzić sobie sama. Chciałam pokazywać, iż należy dawać możliwość pójścia swoim własnym torem rozwoju duchowego, intelektualnego. Niestety sama ostatnimi dniami boleśnie przekonałam się, iż dla swoich bliskich nie jestem osobą dorosłą… mimo swoich dwudziestu siedmiu lat. Tylko… w duchu stawiam sobie pytanie: dlaczego nie było ich wtedy, gdy przebudowywałam swój system wartości, moralności? Gdy musiałam tak naprawdę od początku budować samą siebie, swoją wrażliwość, poczucie wartości, wykształcić w sobie poczucie radzenia sobie z emocjami, które w wypadku osób z porażeniem mózgowym mogą być przeżywane w sposób silniejszy, niż standardowo... W końcu porażenie mózgowe polega na dysfunkcji układu nerwowego, a to właśnie on jest odpowiedzialny za nasze stany. Dlaczego nie było ich wtedy, dlaczego w owym czasie sama musiałam znaleźć osoby gotowe pomóc…? Nie wyręczyć, lecz wskazać drogę, wskazać kierunek rozwoju, ale też pokazać swoją wiarę w moje możliwości, równocześnie dając prawo do okazywania słabości, jakiego tak naprawdę chyba wcześniej nie dostałam…
   Muszę spojrzeć prawdzie w oczy i przyznać się Wam, ale także sobie, iż zachorowałam na potrzebę doskonałości - czy raczej chorobliwego perfekcjonizmu… Nie obwiniam nikogo o to, co przeżyłam niecałe 12 lat temu, ale chciałabym, żeby rodzice dzieci niepełnosprawnym wiedzieli, iż okres dojrzewania u ich sprawnych intelektualnie pociech przebiega dokładnie tak samo, jak u osób sprawnych. Choroba w żaden sposób nie zwalnia ani z poczucia inności, ani z potrzeby afirmacji, przynależności do określonych grup społecznych, czy nawet z potrzeby poznawania własnego ciała. Może kiedyś jeszcze raz zanurzę się w to, co przeżyłam X lat temu - po to, by przestrzec przed popadaniem w rutynę przy wychowywaniu dziecka z niepełnosprawnością. Na razie jednak powiem tylko tyle: nie zamykajcie oczu na dorosłość swoich dzieci…

~Mały Książę~

2 komentarze:

  1. Mądry tekst, otwierasz nim oczy wielu ludzi,którzy chcąc dobrze, robią źle!

    OdpowiedzUsuń
  2. Ba, ale czy tak dużo jest rodziców, którzy mądrze potrafią wychowywać swoje dzieci - także te całkiem sprawne?

    OdpowiedzUsuń